Żołnierze jednej z kompanii kosynierów - Gdynia ok. 10 września 1939 r.

 

Gdyby swego czasu wrocławscy radni, chcąc upamiętnić gdyńskich Czerwonych Kosynierów, zdecydowali się, wzorem swoich kolegów z Płocka, Ostrowa Wlkp. czy Ustki, nadać naszej ulicy nazwę bliższą duchowi PRL-u? to zapewne po 1989 r. spora część mieszkańców Sępolna musiałaby wymieniać dokumenty. Szczęśliwie patronów ulicy ?pod biblioteką? wyzuto z kolorystyki, dzięki czemu nazwa przetrwała. Pytanie o rodowód jej patronów oraz ich zasługi jest jednak wciąż na miejscu, a wśród samych historyków do dziś nie ma jednomyślności co do wielu epizodów z wrześniowych zmagań na przedpolach Gdyni.

Nadmorska Gdynia była dumą II Rzeczypospolitej ? o tym wie każdy uczeń gimnazjum. Z niczego, ?na kamieniu? niemal, powstało miasto i port, który jeszcze przed wojną stał się bałtyckim liderem, zadziwiając Europę i Świat. Rozwój był lawinowy. Z 12 tys. mieszkańców w 1926 r. do ponad 105 tys. niecałe 10 lat później. Bywały okresy, kiedy w ciągu jednego roku przybywało 15-20 tys. stałych mieszkańców, którzy nad morzem chcieli znaleźć chleb i pracę. To przeludnienie ? przy całym ogromie sukcesu ? rodziło też problemy rangi społecznej, brakowało dostatecznej liczby mieszkań, warunki życia sporej grupy ludzi były ciężkie. To był podatny grunt pod socjalistyczne idee. ?Czerwone? - jak nazywała je później PRL-owska propaganda. Należy jednak stanowczo odróżnić ?czerwień? komunistów, którzy w II RP byli politycznym marginesem, od lewicy patriotycznej spod szyldu PPS. A ta była w Gdyni wyjątkowo silna. W ostatnich przed wybuchem wojny wyborach samorządowych (luty 1939) gdyńska PPS zdobyła 15 z 32 mandatów. Dla porównania, endecja wzięła 12, a rządzący krajem piłsudczycy tylko 5. To dobry punkt wyjścia, by zrozumieć, skąd przed wojną w mieście - symbolu siły II RP tak dumnie łopotał czerwony sztandar.

W ostatnich dniach sierpnia 1939 r. mianowany dowódcą lądowej obrony Wybrzeża płk. Stanisław Dąbek doskonale orientował się, w jak ciężkim jest położeniu. Zdawał sobie sprawę, że broni zabraknie nawet dla liniowych jednostek, a w ?papierowe? obietnice sztabu generalnego słusznie nie wierzył. Szybko podjął kroki w celu wzmocnienia obrony Gdyni. Rezerwy ludzkie były ? dla wielu marynarzy zabrakło miejsc na okrętach, w mieście były też tysiące patriotycznie nastawionych robotników. Z braku broni, tych drugich, organizowanych przez Kazimierza Rusinka, przewodniczącego gdyńskiej PPS i radnego Gdyni, początkowo zamierzano wykorzystać tylko do kopania rowów przeciwczołgowych, okopów i prostych prac inżynieryjnych. I rzeczywiście, przez pierwszy tydzień walk oddziały ochotnicze z zaangażowaniem wspierały swoją pracą żołnierzy płk. Dąbka.

Kiedy i w jakich okolicznościach pojawił się pomysł wyposażenia robotników w kosy? Cezary Miżejewski w swojej pracy poświęconej kosynierom pisze: ?Pomysł walki kosami pojawił się po natrafieniu na skład kos przeznaczonych na eksport do Danii. Dlatego podczas jednego z zebrań w Komisariacie Rządu, najprawdopodobniej 7 września, Kazimierz Rusinek rzucił hasło, aby z braku karabinów, uzbroić ochotników w kosy przekute na sztorc?.

Do ?kucia kos?, niczym z obrazu Grottgera, najpewniej wykorzystano nie tylko warsztaty Żeglugi Polskiej, ale i mniejsze kuźnie. Pewna jest za to treść odezwy, jaką gdyńska PPS, teraz już jako Komenda Drużyn Robotniczych, wystosowała do ludu pracującego Gdyni: Towarzysze! Robotnicy Gdyni! Obok ludzi z łopatami stanie batalion kosynierów z bronią. Zrzućmy cywilne ubrania i przywdziejmy mundury naszej dzielnej Armii.

Z formacjami ochotniczymi, tworzonymi naprędce i istniejącymi kilka lub kilkanaście dni historycy zawsze mają problem. Nie inaczej jest z ?Czerwonymi? Kosynierami. Liczebność, organizacja, nazwiska dowódców kompanii i plutonów, uzbrojenie, liczba poległych - na ten temat przez ostatnie 70 lat powstało wiele wzajemnie wykluczających się tez i publikacji. Dobrze potwierdzone źródłowo są działania bojowe 1. kompanii kosynierów ppor. Kąkolewskiego i 2. kompanii por. Raucha. Niestety, historia Kosynierów Gdyńskich to także historia manipulacji. Po wojnie stali się orężem bieżącej walki politycznej i budowania karier. Kazimierz Rusinek, w latach PRL-u partyjny dygnitarz, po 1956 r. wiceminister kultury i sztuki, zawłaszczył temat kosynierów, z premedytacją kierując go na ?czerwone? manowce, a samego siebie kreując na wodza - ?ostatniego obrońcę Gdyni?, którym nigdy nie był. Był osobą cywilną, której nikt nie powierzyłby dowodzenia na polu walki. Według relacji świadków, karabin w dłoni po raz pierwszy trzymał 19 września, na kilka godzin przed upadkiem oksywskiej reduty (faktycznie ochotnikami dowodzić miał ppłk Stanisław Wężyk). Zwłaszcza w obliczu bohaterskiej śmierci płk. Dąbka, który na Oksywiu ? niczym kpt. Raginis pod Wizną ? postanowił, że żywy swojej placówki nie opuści, takie porównania musiały budzić oburzenie tych, którzy prawdę znali. Niestety, to Rusinek przez kilkadziesiąt lat decydował o tym, co wolno było opublikować. Swoje ziarno zasiał też Melchior Wańkowicz, który, koloryzując dość obficie, opisał czyny kosynierów pod z góry ustaloną tezę ? nierozsądnej ?bohaterszczyzny? w obliczu nieudolności oficerów wrześniowych oraz bankructwa rządzonego przez piłsudczyków kraju. Tymczasem Rusinek wcale nie musiał fałszować historii, bo jego prawdziwe czyny z września 1939 r. wystawiały mu wystarczająco pozytywną notę.

Kim więc byli naprawdę gdyńscy kosynierzy? Wielu chciało i nadal chce widzieć ich jako groteskowo wyjętych z poł. XIX w. straceńców, którzy ?z kosami na czołgi szli?. Jedynie chłopską sukmanę zastąpił robotniczy drelich. Ale wbrew utartemu mitowi, kosynierzy z 1939 r. nie byli samobójcami. Nie byli też wytworem obłędnej desperacji wrześniowych oficerów. Odegrali rolę epizodyczną, jednak umiejętnie wykorzystani, w odpowiednich warunkach (np. podczas walk na zalesionym terenie pod Rumią czy Łężycami, przy zwalczaniu dywersantów, w czasie zasadzek i nocnych wypadów) byli w stanie spełnić swoje zadanie, a kosa, i sama świadomość jej obecności, wywierała pewien wpływ na morale przeciwnika. Nie bez przyczyny też po zakończeniu działań na Wybrzeżu Niemcy tropili i prześladowali członków kosynierskich formacji, których okrzyknęli ?bandytami?. Trzeba jednak stanowczo stwierdzić, że równie często pełnili kosynierzy konieczne na froncie funkcje pomocnicze, stanowili odwód, a jeśli już szli do ataku, to nie po to, by spektakularnie zginąć. Kosą walczyli do momentu, kiedy karabin zdobyli na przeciwniku lub otrzymali po poległym towarzyszu. 15 września, czyli tuż po ewakuacji polskich oddziałów na Oksywie, w 2. kompanii kosynierów por. Raucha na 170 żołnierzy ok. 70 proc. dysponowało bronią palną, . A'propos tych ostatnich, skoro już stały się martwym symbolem tej opowieści, warto wspomnieć, że gdyńscy kosynierzy oprócz typowych kutych na sztorc kos, jakie znamy z narodowych powstań XIX w., walczyli również pikami z bagnetem lub ostrzem osadzonym na drzewcu. Zachowało się jedno zdjęcie takiej broni.

Bolesnym nadużyciem jest przypisywanie kosynierów gdyńskich do jednej tylko opcji politycznej. To prawda, że pod czerwonym, PPS-owskim sztandarem się formowali, to prawda, że jeden jedyny raz już we wrześniu 1939 r. nazwa ?Czerwoni Kosynierzy? pojawiła się w rozplakatowanej odezwie Rusinka, jednak należy z całą stanowczością stwierdzić, że spajała ich nie lewicowa - socjalistyczna ideologia, a przemożna chęć walki z najeźdźcą. O tym warto pamiętać.

 

* Wykorzystałem m.in.: Miżejewski C. Gdyńscy Czerwoni Kosynierzy we wrześniu 1939 roku, Kardas M. Oddziały ochotnicze w obronie Wybrzeża 1939 roku ? kilka uwag nad stanem badań, Kosiarz E. Wojna na Bałtyku 1939, Wańkowicz M, Kosynierzy, Kultura (Paryż) nr 5/1961

 

Praca w NWW

Poznaj aktualne oferty pracy i wolontariatu.

Licznik odwiedzin

Odsłon artykułów:
221503