Kiedy spojrzeć na ryciny i nieliczne zachowane fotografie, ma twarz dziecka, co najwyżej młodzieńca. Ale charakter i siła ducha dziecinne nie były. Raczej twarde jak stal. ?Ci rozbójnicy i judasze nie zadowalają się tym, że prześladują ludność na ulicach i w jej mieszkaniach, ale przychodzą do kościoła pod pozorem modlitwy? - grzmiał z ambony jako niespełna 30-latek, kiedy na ponad rok przed styczniowym zrywem rosyjscy żołnierze weszli do świątyni w trakcie odprawianej przez niego mszy. Sto lat później inny ksiądz swoimi kazaniami doprowadzał do wściekłości innych ?Judaszów?. Obydwaj za swą niezłomność zapłacili najwyższą cenę.

Obchodzona właśnie 30. rocznica męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki jest też okazją, by przypomnieć inną piękną postać ? ks. gen. Stanisława Brzóski. Który bił Moskali, śmierci się nie bał, a wiary w Boga i wolną Polskę nigdy nie stracił.

Był z rodu o szlacheckich korzeniach, ale nie była to szlachta bogata, raczej drobna, zagrodowa, jaka zawsze dominowała na Podlasiu. Być może dlatego przez całe życie tak bliskie były mu sprawy ludu. Umiał mówić do chłopów, umiał do nich trafiać. Miał zostać lekarzem, został księdzem. Jako niespełna 18-latek, w 1851 r., rozpoczął studia na uniwersytecie w Kijowie, jednak powołanie okazało się silniejsze. Wrócił na Podlasie i w 1854 r. wstąpił do seminarium w Janowie (wtedy miasteczko, dziś miejscowość słynąca słynąca z hodowli koni czystej krwi arabskiej). Cztery lata później otrzymał święcenia kapłańskie i został wikarym w Sokołowie Podlaskim, a później w Łukowie ? miastach, które będą się przewijać w jego biografii już od samego końca. Znakomicie odnalazł się na nowym stanowisku w specyficznym, wielokulturowym społeczeństwie Podlasia, gdzie katolicy miejscami stanowili mniejszość (w Sokołowie w poł. XIX w. na prawie 8 tys. mieszkańców katolików wyznania rzymskiego mieszkało 3,8 tys., a samych Żydów było 2,5 tys.). Już wtedy głosił kazania, które pozostawały na długo w sercach i umysłach wiernych. Wierzył, że niepodległość Polski jest kwestią zarówno boskiej, jak i dziejowej sprawiedliwości. ?Ziemia nasza ojczysta to dar boży dla naszego narodu? - wołał, co było oczywistym nawiązaniem do Ziemi Obiecanej, którą Izraelici otrzymali od Boga. Bardzo szybko szpicle i carscy agenci zaczęli towarzyszyć młodemu księdzu.

Po wspomnianym incydencie z wizytą Moskali podczas nabożeństwa nie skończyło się już na pogróżkach. Wyrok brzmiał: 2 lata więzienia w twierdzy Zamość. Wyszedł już po 3 miesiącach ze względu na zły stan zdrowia i powrócił do swojej parafii. Jeśli więzienie miało nauczyć go pokory, to stało się dokładnie na odwrót. Tuż przed wybuchem powstania wstępuje w szeregi ?czerwonych? i - choć nadal objęty inwigilacją carskiej policji - zaczyna działać: nawiązywać kontakty, organizować podlaską konspirację oraz gromadzić broń.

Już pierwszej nocy powstania (22/23 stycznia 1863) na czele spiskowców uderza na rosyjski garnizon Łukowa. Jak w większości akcji tej nocy, zaskoczeni początkowo Moskale otrzymują posiłki i kosztem 30 rannych i zabitych ostatecznie utrzymują swoje pozycje. Ale i Polacy wiedzą już, że w bezpośrednim starciu z Kozakami uchodzi odwaga. Tak zaczęła się wojenna epopea księdza-powstańca. Dwa tygodnie później mężnie walczy w największej bitwie styczniowego zrywu ? pod Siemiatyczami, potem pod Woskrzenicami i Gręzówką. 14 marca został ciężko ranny w całodziennym, zwycięskim boju o pałac w Staninie. Rekonwalescencja przeciągnęła się aż do czerwca 1863 r. W Warszawie wiedzą już o dzielnym duchownym, który pola Moskalom nie oddaje. To wtedy z rąk Antoniego Skotnickiego, Naczelnika Rządu Narodowego w Podlaskiem, odbiera nominację na Naczelnego Kapelana Wojsk Powstańczych w randze generała. Odtąd odprawia msze święte w intencji całej insurekcji, rozgrzesza, spowiada, głosi kazania, ale nade wszystko wciąż walczy. Pod rozkazami gen. ?Kruka? Heydenreicha bierze udział w największym polskim zwycięstwie powstania styczniowego - bitwie pod Żyrzynem 8 sierpnia, w której doszczętnie rozbito półtysięczny rosyjski konwój. Walczy też pod Włodawą, Sławatyczami i Fajsławicami (24 sierpnia), skąd - po klęsce zgrupowania ?Kruka? - jako jeden z nielicznych wyprowadza swoją partię z okrążenia. Wymęczony do granic wytrzymałości organizm zapada na tyfus, z którego na nogi podniesie się dopiero w ostatnich dniach 1863 r. Powstanie gaśnie, drugiej zimy w lesie niewielu dożywa, ale on poddawać się nie zamierza.

W styczniu 1864 r. gromadzi wokół siebie 80-100 powstańców i zaczyna nową walkę z Imperium. Tym razem wybitnie podjazdową. W małych grupach, często nawet kilkunastoosobowych, jego ludzie atakują nocą Moskali, strzelają, sieją popłoch, pojawiają się i tak samo szybko znikają. Nie są to wielkie bitwy, potyczki raczej, ale psychoza strachu robi swoje, a sława polskiego księdza rośnie. ?Ludzie po wsiach gadają?, że nie imają się go kule. Szybko znajdują się też świadkowie, którzy po karczmach rozpowiadają, że na własne oczy widzieli, jak z dwóch metrów postrzelon, uszedł cały, a wcześniej wroga śmiertelnie ranił. Nawet ścigający go Kozacy - choć ich kilkuset, a on sam lub z garstką najwierniejszych - żegnali się trzykrotnie siadając na koń, by ?iść na księdza?, przeczuwając, że jakaś wyższa strzeże go siła. Kolejne obławy trafiały jednak w próżnię.

Z garstką towarzyszy, a później już tylko z ostatnim, Franciszkiem Wilczyńskim, przetrwał trzecią zimę i trzecią wiosnę. Przetrwałby dłużej, gdyby nie zdrada. Miejsce ukrycia księdza wskazała pojmana wcześniej łączniczka, Antonina Konarzewska. Dziewczyna nie wytrzymała okrutnych tortur i zaprowadziła oprawców pod wieś Krasnodęby-Sypytki, w której - jak wierzyła - żandarmi już go nie zastaną. Niestety, obaj powstańcy byli we wskazanej chałupie. Ze skrytki za podwójną ścianą patrzyli oblani zimnym potem jak oficerowie znajdują na stole mapy, powstańcze dokumenty i ich rzeczy osobiste. Było pewne, że zaraz nakażą kłuć bagnetami ściany, w ostateczności podpalą chałupę. Pozostała desperacka ucieczka. Ta niemal się udała. Zaskoczeni Moskale zbyt późno zareagowali i uciekinierzy, ostrzeliwując się, prawie dopadli do ściany lasu. Wtedy jednak Brzóska  upadł (lub, według innych źródeł, został postrzelony), a rannego natychmiast dopadli Rosjanie. Wilczyński, nie chcąc opuszczać towarzysza, poddał się dobrowolnie. Był 28 kwietnia 1865 roku. Carscy śledczy, już w Warszawie, próbowali jeszcze torturami wymusić na nich obciążające innych zeznania, ale szybko zdecydowano się na publiczną egzekucję w Sokołowie, ku zastraszeniu ludu Podlasia. 23 maja pożegnać księdza i jego adiutanta przybyło więcej ludzi niż mieszkańców liczyło miasto.

Pamięci o bohaterskim księdzu nie udało się wymazać, ani carskim oprawcom, ani Niemcom. Na Podlasiu ta pamięć żywa jest do dziś. W 2008 r. prezydent RP Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył ks. gen. Stanisława Brzóskę Orderem Orła Białego.

 

Praca w NWW

Poznaj aktualne oferty pracy i wolontariatu.

Licznik odwiedzin

Odsłon artykułów:
213887